|
Kiedyś autobus miejski do Łomianek odjeżdżał z placu Wilsona.
W 2008 roku jego przystanek końcowy przeniesiono na niedawno oddaną do użytku pętlę obok nowej stacji metra Marymont.
Z tą wiedzą wybrałem się w podróż do znajomych, mieszkających w Łomiankach.
Wsiadłem do metra i dojechałem do stacji Marymont.
Stacja jest niemała i ma kilka wyjść na powierzchnię, więc na peronie podszedłem do tablicy informacyjnej, by dowiedzieć się, jak dojść do pętli.
Nie dowiedziałem się.
Na wielkim, kolorowym schemacie, który tam znalazłem, linia metra kończyła się na Marymoncie, a dalszy odcinek był zaznaczony jako "w budowie".
Żadnej wzmianki o pętli na takim rysunku być nie mogło, gdyż pochodził on sprzed zakończenia budowy sąsiedniej stacji Słodowiec, a więc sprzed co najmniej dziewięciu miesięcy.
W międzyczasie oddano do użytku nie tylko Słodowiec, rzeczoną pętlę autobusową, ale i pozostałe stacje pierwszej linii metra.
Pracownikom metra dbającym o tablice informacyjne na peronach te fakty są jednak najwyraźniej nieznane.
Zresztą, po co? Ludzie sobie jakoś poradzą.
Symbolem traktowania pasażerów są cyfrowe zegary na stacjach metra, pokazujące nikomu niepotrzebną informację, ile minut upłynęło od odjazdu ostatniego pociągu.
We wszystkich kolejkach podziemnych na świecie takie zegary pokazują, za ile minut nadjedzie kolejny pociąg.
Najważniejsze, że autobusy, tramwaje i metro - jeżdżą.
"Trzeba się cieszyć, że w ogóle są, a nie szukać dziury w całym!" - to słowa dyrektora miejskiego biura sportu Wiesława Wilczyńskiego, którego onegdaj zapytano, dlaczego w Warszawie sztuczne lodowiska otwierane są dopiero pod koniec zimy, a nie na początku sezonu.
Pod względem komfortu jazdy metro coraz bardziej upodabnia się do autobusów.
W ostatnim roku oddano do użytku cztery stacje.
Urzędnicy nie przewidzieli jednak, że bez zwiększenia liczby pociągów wydłużenie linii metra spowoduje zmniejszenie liczby kursów.
Przy tej samej liczbie pasażerów oznacza to większy tłok.
Aby to wiedzieć, wystarczy nie być na bakier z logiką.
Wybudowanie czterech nowych stacji oznacza jednak też doprowadzenie metra do stuczterdziestotysięcznej dzielnicy Bielany, a więc znaczne zwiększenie liczby pasażerów i tłok jeszcze większy.
Termin oddania do użytku nowych stacji był znany od lat, ba, był nawet odsuwany w czasie.
Dlaczego nie kupiono na czas nowych wagonów? Jak mawia dyrektor Wilczyński, trzeba się cieszyć z tego, co jest, a nie szukać dziury w całym...
Kiedy urzędnicy mówią o poprawie standardów podróży w transporcie publicznym, widać, że jest to dla nich, jeżdżących służbowymi samochodami, termin dość abstrakcyjny.
A drobiazgów, niemal nie wymagających nakładów inwestycyjnych, są tysiące.
Mało kto wie o wewnętrznym przepisie warszawskiego Zarządu Transportu Miejskiego, pozwalającym autobusom odjechać z przystanku dwie minuty przed planową godziną odjazdu.
Szczególnie w zimie nadaje to korzystaniu z komunikacji publicznej dodatkowego dreszczyku.
Kierowcy autobusów i tramwajów traktują bowiem rozkład jazdy jako orientacyjny harmonogram pracy, a nie ofertę dla pasażerów-klientów.
|
|

Widać to szczególnie dobrze rankiem na podmiejskich pętlach.
Stłoczeni w autobusie pasażerowie, śpieszący się do pracy, skręcają się z nerwów patrząc przez okno na kierowcę, stojącego na zewnątrz i beztrosko palącego papieroska.
On wie, że następny odjazd z pętli ma równo za godzinę i do tego czasu musi obrócić na koniec trasy i z powrotem.
On zdąży, więc po co te nerwy? Autobusy miejskie w Warszawie są brudne i nieestetyczne.
We wnętrzach roi się od ponadrywanych naklejek, nie offowych wlepek, tylko całkiem urzędowych ogłoszeń, po jakimś czasie brzydkich i nieczytelnych.
A informacje o zmianach trasy są drukowane na kartkach A-4, wkładane w foliowe "koszulki" od segregatorów i przyklejane do tablic ze spisem przystanków.
Brud jest wszechobecny.
Najgorzej jest w zimie, gdy brud zakleja nawet zewnętrzne tablice informacyjne z numerem trasy.
Kierowcy tłumaczą, że autobusów nie można myć na mrozie wodą.
Nie są w stanie wyobrazić sobie innych środków czystości poza oblaniem autobusu wodą ze szlaucha.
Podobnie, jak miejscy urzędnicy nie są w stanie wyobrazić sobie innego środka zaradczego na oblodzone ulice niż sól.
We wnętrzach autobusów bywa ciemno.
Jest to szczególnie dotkliwe w zimowej szarzyźnie.
Częstokroć lampy włączone są co druga, nieraz dopiero wtedy, gdy na zewnątrz panuje już zupełny mrok.
Sprawę pogarszają jeszcze siatkowe reklamy na oknach.
Ale najważniejsze, że pasażerowie jadą, jakby powiedział dyrektor Wilczyński - trzeba się cieszyć z tego, co jest, a nie szukać dziury w całym...
Słowa Wiesława Wilczyńskiego mogłyby posłużyć za motto stołecznego samorządu w tej kadencji.
Dominującą cechą warszawskich urzędników jest samozadowolenie.
Są przekonani, że skoro robią wszystko, na co ich stać, to lepiej być nie może.
Najgorsze, że na razie nie widać żadnej nadziei.
Oni naprawdę robią wszystko, na co ich stać.
Maciej Białecki Stowarzyszenie "Obywatele dla Warszawy" www.dlawarszawy.pl
|